|
15 000 km autem po USA
|
|
Dziennik
podróży. United
States of America, październik/listopad 2002 spisany
przez: Olę Mazur zdjęcia:
Arek, Tomek, Ola W
rolach głównych występują: kierowca
nr 1: Arek vel Aro vel Bryłka vel Baryłka vel Arobe vel Wąski kierowca
nr 2: Tomek vel
Kupon vel Kalkulator vel Wąski vel Jeżyk pasażerka:
Ola vel Justynka
|
||||
|
Złe
dobrego początki, czyli
jak to było, zanim wyjechaliśmy w podróż po Stanach... Oferta pracy w
Bushkill przyszła do mnie dosłownie w ostatniej chwili. Ja, Arek, Łukasz,
Andrzej i Tomek mieliśmy jechać do Stanów wszyscy razem, a przynajmniej
tak chcieliśmy. Niestety, pierwsza niespodzianka pokrzyżowała nasze plany:
Arek jako jedyny z nas dostał
ofertę pracy. Egzotyczna nazwa amerykańskiego kurortu "Tamiment"
nic nam nie mówiła. Wkrótce dowiedzieliśmy się, że to bardzo blisko
Nowego Jorku. Internetowa strona "Tamiment" wyglądała zachęcająco.
Mieliśmy nadzieję, że dla całej naszej reszty oferty z tego samego
miejsca przysłane zostaną później. Czas mijał, a oferty nie przychodziły,
wiec ograniczyliśmy się z Arkiem do nadziei, że chociaż my we dwoje będziemy
razem, bo na tym najbardziej nam zależało.
Jako datę wylotu wyznaczyliśmy 1. czerwca. Był maj, wszyscy prawie
gotowi do obrony prac magisterskich, a oferty pracy jeszcze nie przychodziły.
Aż tu wreszcie, kolejna niespodzianka. Przyszły trzy kolejne oferty, ale
tylko dla Tomka, Andrzeja i Łukasza i od innego pracodawcy - od kasyna w
Robinsville, niedaleko Memphis. Jako jedyna zostałam bez oferty. Razem z
Arkiem zaczęliśmy się kontaktować osobiście drogą internetową z firmą
amerykańską GeoVisions, która współpracowała z Youth Travel Polska.
Przedstawiliśmy im naszą sytuację, wyrażając otwarcie niezadowolenie, więc
obiecali zająć się nami. Arek przyjął ofertę, a przedstawiciele
GeoVisions obiecali znaleźć dla mnie pracodawcę w pobliżu "Tamiment".
Musiałam się jednak liczyć z tym, że może to być odległość około
200 km. Wreszcie znalazł
się ktoś, kto zainteresował się zatrudnieniem mnie. Trzeba było tylko
poczekać na potwierdzenie, bo człowiek, który się tym zajmował był właśnie
na pogrzebie. Wszystko wyglądało więc następująco: jest 21 maja, wczesny
ranek, około 10, jestem po obronie pracy magisterskiej, obdzwaniam
wszystkich dokoła z radosną nowina, że obroniłam się na 5, ale wciąż
nie wiem dokąd i czy w ogóle wyjadę do Stanów 1. czerwca, tak jak
zaznaczyłam w umowie. Jednak jeszcze wieczorem tego samego dnia otrzymałam
wiadomość, że jest dla mnie oferta i mogę przyjść do biura ją podpisać.
Wtedy pozostało nam tylko czekać na ambasadę. Bilety mieliśmy na 31 maja,
30 maja z walizkami przyjechaliśmy do Warszawy, a ja dopiero na dzień przed
wylotem miałam wyznaczoną datę odbioru wizy. Ufff... Udało się.
I tu zaczyna się historia, jak wbrew wcześniejszym przeciwnościom
można mimo wszystko zrealizować to, co się zaplanowało. Fakty układały
się następująco: trójka naszych kolegów wyleciała do Chicago, aby stamtąd
dostać się do Robinsville w stanie Mississipi, a
ja z Arkiem najpierw pojawiliśmy się w Connecticut. Szczęśliwie
okazało się z mojej oferty, że kurort (am. „resort”) w Bushkill, gdzie
miałam pracować jako kelnerka jest oddalony od Tamiment tylko o 2 mile.
Jednak "tylko dwie mile" okazały się "aż dwiema
milami", gdy zdaliśmy sobie sprawę, że właściwie nie mamy żadnego
środka transportu, żeby się wydostać ze swojego miejsca pracy. Jednak dzięki
różnym okolicznościom nie musieliśmy się o to martwić. Otóż,
zajechaliśmy najpierw do Bushkill, bo był pierwszy po drodze. Moja
supervisor, Cheryl Bateman, spodziewała się mnie już od dwóch dni. Pokazała
mi mój pokój, umówiłyśmy się wstępnie na spotkanie i dalej pojechaliśmy
z Arkiem i jego wujkiem do Tamiment. Tam, jak się okazało, raczej nikt na
niego nie czekał. To my musieliśmy czekać ponad godzinę, aż pojawi się,
znajdzie lub chociaż odezwie telefonicznie człowiek odpowiedzialny za
zatrudnienie studentów z programu Work&Travel. Czekaliśmy, czekaliśmy,
czas uciekał, Arek powoli wypełniał jakieś wstępne dokumenty, które mu
dała równie wolno i sennie pracująca sekretarka z Human Resources, aż
wreszcie udało się i połączyliśmy się z szefem telefonicznie (Arek
nigdy go nie widział na oczy). We wcześniejszej rozmowie z sekretarką
wspomnieliśmy, że jeśli jest to możliwe, chcielibyśmy pracować razem.
Tu od razu spotkaliśmy się z odpowiedzią, że właściwie to w tym
kurorcie zbyt wiele pracy nie ma. To samo potwierdził niewidzialny szef
przez telefon i poradził, żeby Arek wrócił się do Pocmont Resort (mojego
pracodawcy) i tam zapytał o pracę. Jeszcze raz więc pojawiliśmy się u
Cheryl Bateman w biurze, oświadczając jej, że pan X z Tamiment wysłał
nas do niej z radą, że powinna się tu znaleźć praca dla jeszcze jednego
studenta z Polski. Najpierw zareagowała średnim oburzeniem, jak ten facet
śmiał tak postąpić ze studentem, któremu wcześniej sam wysyłał ofertę,
ale po chwili uspokoiła nas, że na pewno cos się dla Arka znajdzie. Zaraz na drugi dzień
oświadczyła, że Arek też będzie kelnerem i że jedziemy do miasta kupić
ciuchy odpowiednie do pracy.
Obydwoje
mieliśmy obawy, co do tego, jak sobie poradzimy w kontaktach, zwłaszcza językowych,
z gośćmi, ale dzień po dniu wszystko wydawało się coraz bardziej
swojskie i kelnerowanie stało się dla nas chlebem powszednim. Był jeszcze
jeden plan, który nie do końca został spełniony... Przez miesiąc
mieszkaliśmy z Arkiem w osobnych pokojach. Arek mieszkał z 40-letnim, ale
postrzelonym czarnoskórym kelnerem, a ja z barmanką, jedną z wielu amerykańskich
dziewcząt z niemałym problemem otyłości. Już po miesiącu jednak zaszły
zmiany w personelu i Brandie, moja współlokatorka, wyprowadziła się.
Wtedy Cheryl oznajmiła z lekkim uśmieszkiem, że da mi nowego współlokatora
i mogę sobie wybrać, kto ma nim być. I w ten sposób już do końca pobytu
w Bushkill mieszkaliśmy razem z Arkiem w tym samym pokoju. Po miesiącu ciężkiej
pracy i kombinowania, jak się wydostać z gór do miasta, mieliśmy odłożone
pieniądze na samochód. Tylko trzeba było załatwić jakiś inny, żeby
pojechać go kupić. Cudem (bo raczej nie jest to częstym gestem Amerykanów,
przynajmniej w tamtej okolicy) jeden z kucharzy, Portorykańczyk, pożyczył
nam swój samochód i zaraz tego samego dnia mieliśmy całkiem dobrą Hondę
Accord z 1993 roku za tysiąc dolarów.
Jak się okazało, w Pensylwanii (bo tam pracowaliśmy) były niemałe
problemy z ubezpieczeniem. Żeby je uzyskać, trzeba mieć prawo jazdy wydane
przez stan Pensylwania. Nie można jednak wyrobić tego prawa jazdy, jeśli
przebywa się w Stanach Zjednoczonych krócej niż rok. Tu koło się zamykało,
ale zawsze jest jakaś boczna ścieżka w prawie amerykańskim. Znalazła się
kompania ubezpieczeniowa, która respektuje prawo jazdy z obcego kraju,
ale... trzeba wykupić ubezpieczenie na 6 miesięcy (bo to najkrótszy okres
ubezpieczenia) i zapłacić stawkę początkową, tak jak by się kupowało
ubezpieczenie na 6 miesięcy. Potem po miesiącu przychodzi powiadomienie, że
ubezpieczenie zostanie unieważnione, jeśli w ciągu 60 dni od daty założenia
ubezpieczenia nie okaże się prawa jazdy Pensylwanii. W drugim miesiącu płaci
się druga ratę, ubezpieczenie zostaje unieważnione, zwrócona część
nadpłaconych pieniędzy i można iść znowu podpisać umowę na nowe
ubezpieczenie. I tak bez końca. Minus jest ten, że trzeba trochę więcej płacić
niż normalnie.
W ten sposób staliśmy się posiadaczami pierwszego w naszym życiu
samochodu. Najpierw zjeździliśmy nim Pensylwanię i Nowy Jork. W niektórych
naszych wyprawach od sierpnia do października towarzyszyli nam... Tomek,
Andrzej i Łukasz. Tak! Przyjechali do nas z Missisipi i zaczęliśmy razem
pracować. Wszyscy jako kelnerzy. Zrobiło się wesoło, tłoczno, gwarno i
swojsko. Zawarliśmy w Bushkill wiele znajomości, które w tym roku
zaowocowały następnym wyjazdem niektórych z nas do Stanów.
Gdy zbliżaliśmy się do daty wylotu ze Stanów, coraz bardziej tęskniliśmy
za domem. Ale czekała nas jeszcze podróż po Stanach, którą zaplanowaliśmy
po zakończeniu pracy. Na długo przed odjazdem mieliśmy już opracowaną
trasę, przystanki, ilość kilometrów oraz średnie wydatki na benzynę.
Nie raz przed podróżą i na trasie służył nam potężny atlas drogowy,
który w Wal Marcie można było kupić już za niecałe 5$. Na początku nie
było jeszcze do końca pewne, kto z nami (ze mną i z Arkiem) pojedzie.
Ostatecznie na wyprawę zdecydował się Tomek. Miał służyć za drugiego
kierowcę, jednak na początku trasy było to niemożliwe. A wszystko przez
niefortunny wypadek, a raczej upadek na rozbitą butelkę. Na dzień przed
naszym odjazdem Tomek biegł do pokoju hotelowego, w którym ze wszystkimi
pracownikami robiliśmy imprezę pożegnalną, i przewrócił się. Rozciął
sobie rękę o rozbite szkło butelki i wylądował w szpitalu. Dowiedzieliśmy
się o tym z Arkiem dopiero na drugi dzień, więc mieliśmy z samego rana
„miłą” niespodziankę. Rano, 21 października
2002 walizki były już prawie spakowane, bo dość wcześnie zaczęliśmy się
szykować do drogi. W południe od właściciela Pocmont Resort odebraliśmy
listy referencyjne, zaproszenie na przyszły rok, ostatni paycheck oraz
napiwki, i rozdział pt. „Bushkill” mieliśmy prawie za sobą. Wieczorem załadowaliśmy samochód po sam dach, westchnęliśmy głęboko i wskoczyliśmy czym prędzej do samochodu, bo dokuczał nam już nieco lekki jesienny mrozek, który pojawił się wtedy w górach. I tak, obraliśmy kierunek południowy zachód. Ja wyciągnęłam notes i zaczęłam swoje zapiski...
|
||||
Dziennik podróży
Poniedziałek,
21 października 2002 r.
Benzyna + olej – 23$
Stan licznika: 94 323 Wtorek,
22 października 2002 r.
Benzyna – 19,50$
660 mil
11:40
Wczoraj o 23:03 wyjechaliśmy z Bushkill w Pensylwanii, pożegnaliśmy
Łukasza i Andrzeja, wzięliśmy kalekiego Tomka na tył samochodu i ruszyliśmy
w drogę.
Z dobrze znanej „osiemdziesiątki” zjechaliśmy na 81 South w
kierunku Nowego Orleanu. Od tamtej pory wciąż jedziemy tą drogą. Około
2. w nocy zajechaliśmy do szpitala w Winchester, w stanie Wirginia, bo Tomek
musiał zmienić opatrunek na ręce. To efekt szalonej imprezy zorganizowanej
przez Cheryl dla pracowników Pocmontu na pożegnanie. Łukasz z Tomkiem byli
przekonani, że ktoś ich gonił, więc uciekali z butelkami piwa w dłoniach
i... bęc! Tomek złapał zająca, a szkło wbiło mu się w rękę. Ma 5 szwów
i „listy polecające” do innych szpitali po drodze. Za jakieś 7 dni musi
pójść na zdjęcie szwów, a za 2 dni powinien zmienić opatrunek. Tak więc
zamiast dwóch mamy jednego kierowcę, Arka, któremu naczynka w oczach pękają
ze zmęczenia. Ale jakoś się trzyma. 13:00 O godz. 6.00 zatrzymaliśmy się na Rest Area niedaleko Harrisonsburg w Wirginii, żeby przespać się parę godzin. Wstaliśmy około 10.30.
Każdy
po kolei się odświeżał w toalecie, a w międzyczasie Arek rozpoczął
pogawędkę z czarnoskórym z Południowej Karoliny, który rozdawał
karteczki typu „łańcuszek szczęścia”. Opowiedzieliśmy mu o naszych
perypetiach przed wyjazdem, a on o tym, że niedaleko Washington D.C. musiał
stać w korku 3 godziny, bo ktoś oddał strzał na drodze. W D.C. właśnie
szaleje snajper. W ostatnich obejrzanych przez nas wiadomościach mówiono o
schwytaniu dwóch podejrzanych, ale niewiadomo było, czy to oznacza koniec
wariactw snajpera. Najważniejsze, że my już minęliśmy Washington D.C. i
nic nam nie grozi. Tylko na wszelki wypadek każę Arkowi unikać białych
furgonetek.
Gdy
już szykowaliśmy się do jazdy w dalszą drogę, Tomek zapatrzył się na
podjeżdżającego Mercedesa. Ja oczywiście nie wiem, jaki to był typ, ale
to później się uzupełni... (Arek mówi, że
„z tych najnowszych, jakaś limuzyna”). W każdym razie auto wyglądało
imponująco. Wysiadło z niego dwóch staruszków. A Tomek zagaił: -
Nice
car. Ja
dodałam, że Tomek chciałby się zamienić z nimi na samochód, na co
staruszkowie zaraz zapytali się: -
Where
are you from, girl with a foreign accent? Odpowiedzieliśmy
zgodnie, że z Polski i zaraz usłyszeliśmy: -
Jeszcze
Polska nie zginęła... Przed
Polską nie da się tu uciec. 14:44
Jesteśmy w stanie Tennesee i wszystkich cisną pęcherze. Poza tym
przydałoby się zatankować samochód i brzuchy, więc szukamy miejsca na
postój.
Złapaliśmy nową sieć: South Bell i bawiliśmy się SMSami (darmowe
w tej sieci).
Zdaje
się, że powoli żegnamy Apallahy, które towarzyszyły nam przez całą
drogę wzdłuż Wirginii.
Pogoda
dopisuje.
|
||||
|
Środa,
23 października 2002 r. Przed
New Orleans:
Benzyna
– 18$
1043 mile
Stan licznika: 95 498 Slidell:
Motel
Super „8” – 38,26$ Most
Causeway do Nowego Orleanu – 3$ 11:30
Missisipi.
Całą
noc spaliśmy w samochodzie na stacji benzynowej. Właśnie skończyliśmy
mycie i skromne śniadanie. Zadzwoniliśmy z Arkiem do Cheryl, żeby
powiedzieć jej, że w słynnym pokoju 444, gdzie odbyła się pamiętna pożegnalna
impreza, zostawiliśmy prezent od niej - figurkę na tort weselny. Cheryl ma
się dobrze. Jutro wraca do pracy po kilku dniach urlopu, na który została
wysłana, po tym jak rozbiła samochód w drodze powrotnej z imprezy. Dała
nam wskazówki, które miejsca w Nowym Orleanie warto zobaczyć. Kiedyś
mieszkała w tym mieście.
Została nam godzina drogi do New Orleans. Jest tu zdecydowanie
cieplej niż w Bushkill. No i drzewa nie są jeszcze tak żółte jak tam.
Na trasie same drzewa. Bardzo dużo iglastych. Niedawno
w Houston były wielkie ulewy. Mamy nadzieję, że już się wszystko uspokoiło.
Ale niestety jest pochmurno i kropi od czasu do czasu. 17:04/16:04
czasu południowego
Wynajęliśmy
pokój w motelu niedaleko New Orleans, w Slidell, na północnym brzegu
jeziora Pontchartrain. Na razie dorwaliśmy się do łazienki, bez której
przetrwaliśmy prawie dwie doby. Gdy wszyscy będą gotowi, ruszamy do
miasta. Właściwie już byliśmy w części Downtown, żeby tam wynająć
pokój, ale ceny okazały się dwa razy wyższe, a zniżka na kartę Tomka
dotyczyła jedynie drogich apartamentów.
Widzieliśmy już dzielnicę biznesową i biedne domki z czarnoskórymi
siedzącymi na schodach. Widzieliśmy też bagna, które zewsząd otaczają
to miejsce.
Czwartek,
24 października 2002
Benzyna
13,4 galona – 19,62$ Stan
licznika
– 95 748
Nowy Orlean
Wczoraj po długich poszukiwaniach zarejestrowaliśmy się w motelu „Super 8” w Slidell i wyruszyliśmy do Nowego Orleanu zwiedzić Bourbon Street na French Quarter.
Znaleźliśmy parking niedaleko brzegu
Missisipi i zaczęliśmy spacer.
Uliczki Vieux Carre, czyli Frnch Quarter, przypominały mi i Arkowi
Hiszpanię. Kamieniczki z ozdobnymi motywami na balkonach, z drewnianymi
okiennicami; palmy, kwiaty na oknach i muzyka. Bourbon Street było słychać
z daleka. W każdej knajpie grał jakiś zespół. Pełno tam też sex shopów
i barów ze striptizem. Bo to przecież coś w rodzaju czerwonego dystryktu w
Amsterdamie. Jedno z niewielu miejsc w Stanach, gdzie piwo sprzedaje się na
wynos, a policjanci jeżdżą na koniach, paląc cygaro i nie wlepiają
nikomu mandatów.
Błądziliśmy od jednego sklepu z pamiątkami do drugiego. Pełno tam
akcesoriów voo doo związanych z karnawałem i pogrzebem.
Zbliża się Haloween...
Gdy tak wstępowaliśmy to do jednego, to do drugiego kolorowego
sklepu, zajrzeliśmy z ciekawości do jednego z sex shopów. Ja miałam na
szyi świeżo kupione czarne boa, byłam w dobrym nastroju i z uśmiechem
weszłam do środka. I co, a raczej kogo widzę? Jimmie Tailor z Aerosmith!
Tomek wyskoczył za wokalistą ze sklepu, wyjął aparat i cyknął
zdjęcie. Takie były początki zwiedzania French Quarter.
Mieliśmy okazję zobaczyć, jak Amerykanie bawią się na Bourbon Street. Otóż, jedną z tutejszych tradycji jest rzucanie z balkonu przez mężczyzn Mardi Gras Beads (różnobarwnych korali) kobietom stojącym na deptaku, które odkryją swoja piersi. Tomek złapał jeden sznur korali zrzucanych przez facetów z balkonu.
Wtedy poszliśmy dalej w kierunku kasyna Harrah’s. Tam
stanęliśmy w kolejce po kartę do gromadzenia punktów i dostaliśmy
prezencie wspomniane wcześniej
Mardi Gras Beads. Po pół godzinie gry każdy dostał zdrapkę z
gwarantowanymi 5 dolarami minimalnej nagrody. Arek zamawiał darmowe drinki,
a ja powoli zasypiałam nad jednorękimi bandytami.
Z kasyna wyszliśmy po pierwszej, a więc spędziliśmy tam około 3
godziny. W bilansie zysków i strat wszyscy wyszliśmy mniej więcej na zero.
Zrobiliśmy jeszcze krótki spacer w pobliżu Aquarium of Americas i wzdłuż
rzeki Missisipi. Akurat przepływał ogromny statek, który wydał dwa przerażająco
głośne dźwięki. Pierwszy – na znak przybijania do portu, drugi okazał
się brzękiem łańcucha zrzucanej do wody kotwicy. Byliśmy niemal pewni na
początku, że to przygotowania do otwarcia zwodzonego mostu, ale ostatecznie
majaczący w ciemności most nie poruszył się, a statek po prostu
przycumował do portu.
Na koniec odszukaliśmy zaparkowany samochód i pojechaliśmy do
motelu.
Dzisiaj o 12:05 wyrejestrowałam nas z motelu. Zapakowaliśmy szczęśliwie
wszystko do samochodu i ... jak na razie wciąż sterczymy pod szpitalem w
Slidell, gdzie Tomek ma mieć zmieniony opatrunek. Tym razem został przyjęty
z pewnymi oporami, być może dlatego że personel jest wyjątkowo bardzo zajęty. 15:28
New Orleans
Jeszcze jedna ważna przygoda z wczoraj do zapisania. Mam na mysli
przejażdżkę najdłuższym mostem Ameryki, Causeway Bridge do Nowego
Orleanu. Miał około 30 mil długości i jechalismy nim 20 minut. Ze środka
nie było widać lądu ani za nami ani przed nami. Lepiej w takim momencie uśpić
wyobraźnię, bo może przyspieszyć bicie serca: woda i ogromna przestrzeń
dokoła, czysty horyzont w oddali i długa strużka mostu przed nami. To przeżycie
na pewno nie dla agorafobów.
22:00
New Orleans
Mamy 1473 mile za sobą. Właśnie wyjeżdżamy z Nowego Orleanu w
kierunku Houston. Dzisiejszy dzień spędziliśmy w połowie na zakupach i w
szpitalu, a w drugiej na robieniu zdjęć na French Quarter i powtórce
spaceru po Bourbon Street o zmroku. Tak oswoiliśmy się z tym miejscem, że
ciężko było się pożegnać z uroczymi uliczkami w stylu hiszpańskim.
Tomek zrobił zdjęcie pokoju jednego z domów, w którym drzwi były otwarte
na oścież. W cudownym, urządzonym w starym stlu pokoju,wśród antyków,
map i obrazów z XVIII wieku siedział brodaty mężczyzna, z pochodzenia
Czech. To on pozwolił Tomkowi na zrobienie zdjęcia.
Przed wyjazdem z French Quarter wstąpiliśmy na chwilę do Harrah’s
Casino, żeby Tomek napełnił butelkę coca colą. Po kilku minutach Tomek
wrócił z galonem coli... i wygraną w wysokości 13 dolarów! J
|
||||